Czy też tak macie, że stawiacie sobie cele w życiu? Na różnych płaszczyznach, czy to zawodowej,sportowej, czy rodzinnej. Nie raz ten cel jest poparty mądrym wytłumaczeniem.A nie raz po prostu robicie to z czystej ambicji. Czy zdarzyło się wam odpuścić w trakcie? Zrezygnować z powodu niepowodzeń podczas realizacji celu? A może odsunęliście swój cel/marzenie na dalszy plan, ponieważ życie trochę inaczej zadecydowało co jest dla was ważniejsze?
Jacek Walkiewicz w jednym ze swoich przemówień stwierdził, że marzenia są po nic. Marzenia są po to żeby je spełniać i być szczęśliwym z tego powodu. Zgodzicie się tym stwierdzeniem? Ja się zgadzam.
Natomiast moje cele zawodowe mają u mnie inny wymiar – są jasno sprecyzowane, po co są i kiedy je zrealizuję.
Dobrze się czuję z takim obrotem sytuacji ( jeśli chodzi o stawianie sobie realnego celu)
Marzenia i pragnienia często pojawiają się znikąd. Coś jednak musiało się zadziać w naszym życiu żeby właśnie ta myśl nawiedziła głowę. U mnie tak było z bieganiem po górach. Wciąż nie mogę uwierzyć, że biegam. Ja ? Nigdy nie lubiłam biegać !!!
No i tak właśnie zaczęłam biegać (3 lata temu w grudniu). Ale ja nie robię czegoś co mi nie sprawia przyjemności bez postawienia sobie celu. Zatem moim celem stało się 10 km w kwietniu następnego roku. I tak się zaczęło… Najpierw ledwo przebiegałam 3 km, potem ładnie mi już szła 5- tka.I stopniowo biegałam więcej i więcej. Kiedy przebiegłam swoje pierwsze 10 km byłam przeszczęśliwa (1 g 7m.) , a nogi bolały mnie potwornie – pamiętam do dziś ten dzień – to było dwa tygodnie przed zawodami. I kiedy na zawodach pobiegłam dychę poniżej godziny byłam dumna z siebie jak paw. To było mega uczucie i ogromna duma, że udało mi się coś takiego. Nadal jednak nie pałałam miłością do biegania… I za każdym razem mówiłam sobie, że już nie będę biegała, bo to bez sensu. Coś jednak ciągnęło mnie od czasu do czasu żeby założyć buty sportowe i przebiec chociaż 5-6 km, tak na dobry sen (zazwyczaj biegałam wieczorami).
O zgrozo – bez żadnego przygotowania. Mój najdłuższy i jedyny rozbieg zrobiłam dwa tygodnie przed to było 13 km. Wierzyłam, że jakoś sobie poradzę. No i sobie poradziłam, ale ostatnie 4 km „biegłam” już głową, bo nogi nie miały siły. Kiedy przebiegłam przez linię mety, usiadłam na mokrej trawie, zdjęłam buty i powiedziałam sobie „k…a nigdy więcej”. Bolała mnie każda część ciała. Nie zdawałam sobie sprawy, że kolana mogą tak mocno boleć. Dostałam dreszczy, a w domu dopadła mnie gorączka. Radość z biegu przyszła dopiero kolejnego dnia kiedy uświadomiłam sobie, że gdybym się przyłożyła do przygotowań, to z palcem w nosie przebiegła bym poniżej dwóch godzin…
Ale coś mnie ciągnęło do tego biegania… I tak sobie pomyślałam, że skoro tak bardzo kocham góry, to zacznę biegać po górach. I wiecie co, to był strzał w 10 !!!
Byłam tak pewna tego, że chcę to zrobić, że moja determinacja trochę mnie przerażała.
…Niestety życie samo dyktuje warunki. I czy chcesz, czy nie, musisz dostosować się do jego zasad. Tak też było u minie. Wypadek/kolizja samochodowa (nie z mojej winy) wykluczyła mnie na 3 tygodnie z treningów. Pierwszy tydzień dochodziłam do siebie. Potem odezwały się moje kontuzje, nad którymi od lutego pracował mój fizjoterapeuta żeby mnie postawić na nogi.
I znowu jestem w punkcie wyjścia – pomyślałam. Za dwa miesiące maraton, a ja nie mogę robić podbiegów, bo boli noga, nie mogę roić treningu bo boli noga. Zmuszona byłam odpuścić półmaraton w Szczyrku, bo po pierwsze nie miałam czym tam jechać i z kim, a po drugie to uświadomiłam sobie, że zdrowie jest najważniejsze.